Ostatni artykuł pisałam na porodówce, wieczorem, dnia poprzedzającego narodziny Najmłodszego z mojego Trio. Wydaje mi się, że to było wczoraj. Ale jak patrzę, że ów najmłodszy już siedzi i je z łyżeczki, to przestaje mi się wydawać.  Nie ogarniam. Bez kitu. I mówię serio.

Jakby mi wtedy ktoś powiedział, jaka będzie JAZDA , to bym chociaż kask założyła.

Wiecie jaki był plan? Miało być tak: Sebastiano się urodzi, ja się nieco ogarnę, przyjedzie ukochana Babcia – Wspomożycielka, ja w miesiąc zrzucę to, co nagromadziłam w dziewięć i DAWAJ ! PETARDA! Trójka dzieci, klub, dom ? Do ogarnięcia , na lajcie !

Aha. Taaa. Jak się okazuje w „DE” byłam i „G” widziałam, jak dotąd. I tak trochę rozkminiam teraz, że sama wpędziłam się w tę pułapkę. Pułapkę nastawienia, że będę MRS. PERFECT  i że OGARNĘ WSZYSTKO, na zicher.

Kiedy jeszcze Najmłodszy z potomstwa był, że tak powiem, w pakiecie ze mną, a wyjście z domu nie wymagało taszczenia 10 kilogramów dodatkowego osprzętu niemowlęcego, no to faktycznie, było „na lajcie”. Starszyzna w przedszkolu, chata wolna, no bajka. Dodatkowo samopoczucie w ciąży sprzyjało trenowaniu, a to jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że prosto z porodówki wskoczę, niczym łania, na fitnessy.

Tak sobie to zaplanowałam, pomimo że doskonale wiedziałam, że tak nie można, że tak się nie da, bo zwyczajnie fizjologia ciała na to nie pozwoli. Ale uparłam się, zaplanowałam : “Oszukać przeznaczenie.”

Nie minęły trzy tygodnie od porodu, a ja już po pierwszym treningu. Naprawdę mocnym treningu. I co? Łooo Pani, nie tak szybko!

 Brawo JA. Brawo, głupoto moJA.

Od tamtej pory minęło pół roku. Tyle mniej więcej trwała moja wycieczka po rozum do głowy. I teraz z ręką na sercu się przyznaję – nie wiem, co bardziej na mnie wpłynęło- czy poczucie jakiejś zewnętrznej presji , że kto jak kto, ale ja przecież „MUSZĘ“. Czy może wir wszechobecnej, szczególnie w „sołszial midjach”, propagandy sukcesu, w myśl której, połączenie wszystkich życiowych ról jest WYMOGIEM

Masz myć super matką, perfekcyjną panią domu, z czasem – na etacie lub przedsiębiorcza, z pomysłem na siebie, i najlepiej, żeby w miarę szybko wrócić do rozmiaru 36/38.

Dzisiaj wiem, że nie wszystko się da ogarnąć wedle planu. Ja NIE OGARNIAM do tej pory …

Mija pół roku, odkąd napisałam ostatni wpis. Długo zajęło mi zebranie się na tę szczerość…
Jestem mamą trójki dzieci, prowadzę własny klub. W prowadzeniu domu pomaga mi Mamcia moja najdroższa – inaczej dom byłby… hmmm, najdelikatniej mówiąc „słabo prowadzony”…
Co więcej ? Staram się nie spóźniać z dziećmi  do szkoły, choć nie zawsze mi to wychodzi, bo chodzę spać nad ranem,  staram się nie jeść „dziadostwa”, jednak domowych pierogów ruskich nie uznaję, za „dziadostwo”. Staram się ćwiczyć, przynajmniej 4 razy w tygodniu, ale jak zrobię trening raz na dwa, to nie zdarzyła się tragedia. Tak bywa. 

 Staram się OGARNĄĆ, ale czasem NIE OGARNIAM! Zrozumiałam jednak, że nie zawsze MUSZĘ…

Kocham swoich Synów „jak stąd na koniec kosmosu”*,  Boga proszę, żebym umiała wychować ich na dobrych ludzi, ale w niedziele, jak chcemy ze „Starym” 🙂  pospać dłużej, na śniadanie wjeżdżają kulki z mlekiem i bajki do południa. SELF SERVICE, oczywiście, odkąd dosięgają do lodówki.

I nagle, kiedy przestaję nakręcać się, że „MUSZĘ” to wtedy zaczynam „CHCIEĆ”.
I tym sposobem dopiero po 6 miesiącach udało mi się dotrzeć do tego punktu. Jest 2:35 nad ranem, kiedy kończę wpis. Dzisiaj byliśmy z naszą młodzieżą w kinie. Giga-kubeł popcornu i cola. Było rewelacyjnie!  Wróciliśmy, położyliśmy młodzież spać, grubo już po 22.00 , a ja cyk – godzinka treningu w piwnicy na macie. Tak bez planu – mam czas, mam siłę, mam CHĘĆ! EUREKA!!! O to chodziło! 

Jeśli cel staje się czymś, co chcesz, a nie co musisz zdobyć, to jest o wiele łatwiej.
Zmuszając się do treningów, które po urodzeniu dziecka nie były, najzwyczajniej, na moje siły, w piorunującym tempie popadłam w niechęć. Później infekcja za infekcją, jedna po drugiej, chorujące dzieci… To wszystko skutecznie mnie wystopowało. Teraz wracam na właściwy tor, we WŁAŚCIWYM TEMPIE.

Życzę Ci tego samego. Wyluzuj, stań z boku. Zrób czasem spaghetti z białym makaronem, jeśli razowy dzieciom „nie podchodzi”. Poprasować możesz jak zasną, tymczasem naucz się „marnować czas” z Nimi, na zabawie. Odpuść trening, jeśli dziś czujesz się gorzej, ale nie zapominaj, że aktywność jest też lekarstwem na wszystko. Celowo to podkreśliłam. Wiem, co mówię. Przerabiam to co dzień.  

Trochę przydługi wpis wyszedł, a nuż jednak dotrwałaś/eś do tego momentu?
Jeśli bliskie Ci jest to co czytasz, daj znać w komentarzu, lub Facebook’u. To gest, który inspiruje i motywuje! 
Pozdrawiam!
Trenerka na wychowawczym
Ewelajn. 

 

Objaśnienia:
*skala miłości, według 4-letniego Filipa